AKTUALNOŚCI  |  10 czerwca 2026


Alert prawny | Earn-out w praktyce – mechanizm zabezpieczenia czy źródło sporów?

Mechanizm, który ma łączyć, a najczęściej dzieli

Earn-out należy do tych konstrukcji transakcyjnych, które brzmią rozsądnie w teorii, ale potrafią okazać się kosztowne w praktyce. Idea jest pociągająca: część ceny za spółkę nie jest płatna od razu, lecz uzależniona od wyników, jakie biznes osiągnie już po sprzedaży. Sprzedający, przekonany o potencjale swojej firmy, dostaje szansę „udowodnienia” jej wartości i otrzymania pełnej, ambitnej ceny. Kupujący nie przepłaca z góry za obietnice, lecz płaci za rezultat, który faktycznie się zmaterializuje. Na papierze interesy stron są idealnie zbieżne.
Problem polega na tym, że ta zbieżność jest pozorna i trwa dokładnie do dnia zamknięcia transakcji. Od następnego dnia interesy stron rozjeżdżają się w sposób strukturalny – i to właśnie ten rozjazd czyni z earn-outu jedno z najczęstszych źródeł sporów po transakcji. Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, trzeba spojrzeć na to, kto po sprzedaży faktycznie kontroluje biznes, a kto jedynie czeka na jego wyniki.


Skąd bierze się napięcie

Po zamknięciu transakcji to kupujący przejmuje kontrolę nad spółką: decyduje o budżetach, inwestycjach, polityce zatrudnienia, alokacji kosztów między spółkami w grupie, a często o całym modelu rozliczeń. Sprzedający natomiast – choć jego pieniądze wciąż zależą od wyników tej spółki – traci nad nią realny wpływ. Powstaje sytuacja, w której jedna strona ma kontrolę nad wynikiem, a druga ma w tym wyniku interes finansowy. To klasyczny konflikt agencyjny, wbudowany w samą konstrukcję.

Napięcie potęguje fakt, że niemal każdy wskaźnik, na którym opiera się earn-out, da się kształtować decyzjami zarządczymi. Jeśli premią dla sprzedającego jest osiągnięty zysk EBITDA, kupujący – często w pełni racjonalnie, z perspektywy całej grupy – może obciążyć spółkę kosztami zarządu grupowego, przesunąć rentowne kontrakty do innego podmiotu, zwiększyć nakłady inwestycyjne albo zmienić politykę rozpoznawania przychodów. Każda z tych decyzji może być uzasadniona biznesowo, a jednocześnie obniżać wynik, od którego zależy dopłata dla sprzedającego. Sprzedający widzi w tym celowe „rozcieńczanie” earn-outu; kupujący – zwykłe zarządzanie własną spółką. I obie strony mają w swoim rozumieniu rację.

To jest sedno problemu: earn-out nie jest sporem o złą wolę. Jest sporem o to, że umowa pozostawiła zbyt szeroki margines interpretacji w sytuacji, w której interesy stron z natury się rozchodzą.


Co najczęściej staje się ogniskiem sporu

Choć każda transakcja jest inna, spory o earn-out powtarzają się wokół kilku stałych punktów. Pierwszym jest definicja wskaźnika – czym dokładnie jest „EBITDA”, „przychód” czy „zysk netto” na potrzeby rozliczenia. Bez precyzyjnej, zamkniętej definicji i bez ustalonej polityki rachunkowości każda ze stron policzy ten sam wynik inaczej. Drugim jest sposób prowadzenia biznesu w okresie earn-out – czy kupujący ma swobodę, czy też zobowiązał się prowadzić spółkę „w zwykłym toku” i nie podejmować działań szkodzących wskaźnikowi. Trzecim jest alokacja kosztów i przychodów w grupie – szczególnie zapalny obszar, gdy nabywcą jest większy podmiot z wieloma spółkami zależnymi. Czwartym wreszcie jest mechanizm rozstrzygania rozbieżności – to, czy strony przewidziały szybką ścieżkę z udziałem niezależnego biegłego, czy też skazały się na wieloletni proces sądowy.

Łączy je wspólny mianownik: wszystkie te punkty można było uregulować w umowie. Spór o earn-out prawie nigdy nie wynika z tego, że mechanizm jest zły – wynika z tego, że został zapisany zbyt ogólnie.


Jak skonstruować earn-out, który zabezpiecza, a nie naraża

Dobrze zaprojektowany earn-out opiera się na kilku zasadach, które wspólnie ograniczają pole do sporu. Po pierwsze, wskaźnik powinien być możliwie prosty i trudny do manipulacji – przychód jest łatwiejszy do zweryfikowania niż EBITDA, a EBITDA łatwiejsza niż zysk netto, który zależy od kilkudziesięciu decyzji księgowych. Po drugie, polityka rachunkowości powinna zostać zamrożona – umowa powinna wprost wskazywać, według jakich zasad liczy się wynik, i zakazywać ich zmiany w okresie earn-out. Po trzecie, sprzedający powinien uzyskać klauzule ochronne (protective covenants) – zobowiązanie kupującego do prowadzenia spółki w zwykłym toku, do niewydrenowywania jej z rentownych kontraktów i do nieobciążania jej nieuzasadnionymi kosztami grupowymi. Po czwarte, niezbędna jest klauzula współdziałania i dobrej wiary oraz zakaz działań zmierzających do zaniżenia earn-outu – sąd w Polsce odczyta zobowiązania stron przez pryzmat zasad współżycia społecznego i obowiązku wykonywania zobowiązań zgodnie z ich celem, ale lepiej, by strony zapisały to wprost. Po piąte wreszcie, umowa powinna zawierać sprawny mechanizm rozstrzygania sporów – odwołanie do niezależnego biegłego rewidenta jako arbitra rachunkowego, który rozstrzygnie różnicę w wyliczeniach szybciej i taniej niż sąd.

Nad tym wszystkim warto postawić jedno pytanie, które porządkuje całą konstrukcję: jak zachowa się ten mechanizm, jeśli relacje między stronami się popsują? Earn-out napisany na czas dobrej współpracy jest bezwartościowy. Earn-out napisany na wypadek konfliktu – chroni realnie.


Dwa studia przypadku

Poniższe przykłady mają charakter ilustracyjny – przedstawiają typowe, zanonimizowane scenariusze, które powtarzają się w praktyce transakcyjnej. Nie odnoszą się do konkretnych, rzeczywistych transakcji.

Earn-out, który stał się pułapką

Właściciel spółki technologicznej sprzedaje 100% udziałów inwestorowi branżowemu. Strony różnią się w ocenie wartości firmy, więc dzielą cenę: część płatna przy zamknięciu, część jako earn-out zależny od EBITDA osiągniętej w dwóch kolejnych latach. Definicję EBITDA zapisano jednym zdaniem, bez przypisanej polityki rachunkowości i bez klauzul ochronnych dla sprzedającego.

Po przejęciu inwestor, w pełni zgodnie z literą umowy, obciąża spółkę opłatami za usługi zarządcze grupy (management fee), przenosi dwa duże kontrakty do innej spółki zależnej „dla optymalizacji” i zwiększa nakłady na rozwój produktu. Każda z tych decyzji ma uzasadnienie biznesowe. Łącznie obniżają jednak EBITDA poniżej progu earn-out, w efekcie czego sprzedający nie otrzymuje praktycznie żadnej dopłaty. Sprzedający twierdzi, że to celowe drenowanie wyniku; kupujący – że to normalne zarządzanie grupą. Spór trafia do sądu, ciągnie się latami, a jego rozstrzygnięcie zależy od trudnego dowodowo wykazania, czy decyzje zarządcze były podejmowane w celu zaniżenia earn-outu.

Wniosek: mechanizm nie zawiódł dlatego, że ktoś działał w złej wierze. Zawiódł, bo umowa nie przewidziała klauzul ochronnych, nie zamroziła polityki rachunkowości i nie zabezpieczyła sprzedającego przed alokacją kosztów grupowych. Te trzy zapisy zmieniłyby losy całej transakcji.

Earn-out, który zadziałał

Założycielka spółki usługowej sprzedaje większościowy pakiet udziałów funduszowi, pozostając w zarządzie na okres earn-out. Tym razem konstrukcję przemyślano. Wskaźnikiem jest przychód (a nie zysk) – prostszy i odporniejszy na manipulację kosztową. Umowa zamraża zasady rozpoznawania przychodu, zobowiązuje kupującego do prowadzenia spółki w zwykłym toku i zakazuje przenoszenia kontraktów poza spółkę bez zgody sprzedającej. Przewidziano też, że jakąkolwiek różnicę w wyliczeniu rozstrzyga niezależny biegły rewident w terminie 30 dni, a nie sąd.

Gdy po roku pojawia się rozbieżność co do zaliczenia jednego dużego kontraktu do okresu earn-out, strony nie idą do sądu – kierują sprawę do biegłego, który w ciągu miesiąca rozstrzyga ją na podstawie jasno zapisanych zasad. Earn-out zostaje rozliczony, relacja stron przetrwa, a sprzedająca otrzymuje należną dopłatę.

Wniosek: ta sama konstrukcja, która w pierwszym przypadku stała się źródłem wieloletniego sporu, w drugim zadziałała dokładnie tak, jak miała – jako uczciwy mechanizm podziału ryzyka. Różnicy nie zrobiła dobra wola stron, lecz precyzja umowy.


Earn-out nie jest dobry ani zły. Jest tak dobry, jak jego zapis

Z tych dwóch scenariuszy płynie jeden wniosek, który warto zapamiętać przed każdą transakcją z odroczoną częścią ceny: earn-out sam w sobie nie jest ani mechanizmem zabezpieczenia, ani źródłem sporów. Staje się jednym albo drugim w zależności od tego, jak został skonstruowany. Ten sam pomysł, zapisany ogólnie, generuje konflikt; zapisany precyzyjnie – chroni obie strony i pozwala uczciwie podzielić ryzyko, którego przy zamknięciu transakcji nie dało się jeszcze rozstrzygnąć.

Dlatego do earn-outu nigdy nie podchodzimy jak do dodatkowej klauzuli cenowej. Traktujemy go jak osobny, kilkuletni mechanizm współpracy stron, który trzeba zaprojektować z myślą o scenariuszu konfliktu – bo to właśnie wtedy okazuje się, ile naprawdę był wart.

Daria Bukowska

adwokat, broker ubezpieczeniowy

Kontakt
Wysyłam

Uzupełnij pola formularza.

Pozostań na bieżąco

Wysyłamy informacje o najważniejszych zmianach w prawie, alerty prawne i informacje o najbliższych szkoleniach. Nie musisz obawiać się spamu.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celu: przesyłania informacji dotyczących regulacji prawnych, zmian w przepisach prawa oraz w najnowszym orzecznictwie i praktyce oraz wydarzeniach z tym związanych.

Zgoda dotyczy danych osobowych przekazywanych w zgłoszeniu (więcej).